Dorośli

„Woła mnie ciemność” – Agata Suchocka

Jak już wspominałam, jestem fanką fantastyki. Czytałam jej bardzo dużo związku z tym stałam się bardzo wybredna. Częściej spotykałam się z książkami przesyconymi fantastyką. Przez to odczuwałam niekiedy dystans… aż do momentu gdy przeczytałam „Woła mnie ciemność” Agaty Suchockiej.

O Autorce!

Pisarka, poetka, tłumaczka, malarka, piosenkarka, kompozytorka oraz autorka tekstów. Tyle talentów w jednej osobie.

Urodzona 24 kwietnia 1980 (już niedługo jej urodziny) we Wrocławiu. Ukończyła I Liceum Ogólnokształcące w Suwałkach. W czasach licealnych aktywnie poświęcała swój czas  w życiu artystycznym szkoły oraz regionu.

Po przeprowadzce do Wrocławia, gdzie ukończyła Nauczycielskie Kolegium Języków Obcych, a później anglistykę na Uniwersytecie Wrocławskim (tłumaczenia literackie) zaczęła udzielać się na lokalnej scenie muzycznej, zakładając zespół rockowy CARIZMA, którego wokalistką była przez dwa lata. Zespół zagrał m.in. podczas finału WOŚP i wrocławskich Juvenaliów, a także brał udział w finale studenckiego festiwalu FAMA w Szczecinie.

W późniejszym okresie współtworzyła kilka projektów muzycznych (FAZA, Prozac, Latte Band) oraz występowała solowo (m.in. w klubie Firlej). Leszek Kopeć zaprosił ją do autorskiej audycji „Muzyczna Cyganeria” w Polskim Radiu Wrocław. Przez kilka miesięcy współpracowała z wrocławskim Salonikiem Trzech Muz, jej wiersze znalazły się w antologiach podsumowujących warsztaty literackie.
Przetłumaczyła na j. angielski tom wierszy autorstwa Darii Narbut, zatytułowany „The Hunter” oraz teksty z dwóch pierwszych albumów zespołu COMA (umieszczone na stronie zespołu).

Bohaterowie jej opowiadań i powieści to jednostki wybitne, ale jednocześnie aspołeczne, wiecznie poszukujące i kontestujące zastaną rzeczywistość. W swoich utworach porusza tematy trudne, niewygodne i kontrowersyjne, nie bojąc się przełamywać tabu, sięga do tradycji turpistycznych, jednocześnie dbając o formatywne piękno stosowanego języka.

Obecnie mieszka w Opolu wraz z mężem i dwiema córkami. Jest sopranistką w chórze Filharmonii Opolskiej. Uczy języka angielskiego w szkole podstawowej. W nielicznych wolnych chwilach maluje i koncertuje na lokalnych scenach (ostatnio u boku Marka Wooda i Laury Kaye podczas Drum Fest 2014). Gra na gitarze i skrzypcach.

W 2015 roku ukazała się jej debiutancka powieść (choć słowo debiut jest tutaj mało trafne…) zatytułowana „Woła mnie ciemność”, pierwsza z gotyckiego cyklu inspirowanego twórczością Anne Rice.

W roku 2016 wypuściła w świat nowelę obyczajową „O jeden krok za daleko”, która dostępna jest w wersji ebook.

Informację o Agacie Suchockiej pobrane z : https://suchockaagata.wordpress.com/biografia/

O czym jest książka!

Czas akcji rozgrywa się XIX wiecznej Anglii, gdzie młody Armagnac Jardieux po katastrofie rodzinnej przybywa do Londynu. Bez grosza przy duszy pozostaje mu jedynie talent do gry na fortepianie. Żyje w nędzny oraz popada w pijaństwo.

Pewnego razu w barze poznaję młodego przystojnego skrzypka, Lothara. Proponuje on Armagnacowi lepsze życie, które zapewni mu lord Huntington. Nie od razu przyjmuje on prepozycję. Dopiero po śmierci swojej starej ciotki przyjmuję on pomoc.

Wraz z Lotharem, Armagnac zaczyna tworzyć idealny duet muzyczny. Szybko zyskuję on szacunek a przede wszystkim pieniądze. Uświadamia sobie iż kocha on partnera z duetu.  Z czasem stają się oni na tyle bliscy iż zostają kochankami.

Gdy lord Huntington wyjeżdża na kilka tygodni on i Lothar zaczynają zarabiać podczas  lekcji muzyki z panami i pannicami odbywając stosunek.

Lord wraca, zaś bohater odkrywa iż jego babka za młodu znała jego mecenasa. Zastanawia się nad tym czy to możliwe by jego lord mógłby być nadal tak młody. Zaczyna uświadamiać sobie iż nic nie jest takie proste jak mu się wydawało.

Moja opinia!

Na początku spodziewałam się iż będzie to erotyczna obyczajówka. Nie spodziewałam się iż będzie zawierała elementy fantastyki. Z każdą przeczytaną stroną zaczynała we mnie rosnąć fascynacja. Coraz bardziej książka mnie pochłaniała. Nim się obejrzałam a ją przeczytałam. Zastanawiałam się : Ale jak to? Już przeczytałam? Po czym sama sobie odpowiedziałam na to pytanie „No tak. Właśnie takiej książki mi brakowało. Solidnej, przemyślane, oryginalnej ale przede wszystkim wciągającej.”

Książka jest rewelacyjna. Jeszcze nigdy nie napotkałam takiego dobrego stylu pisania o uczuciach. Pisarka stworzyła MOIM zdanie (To jest moje zdanie i nikomu go nie narzucam) coś nowego oraz nie kopiowała innych. Gratulację Pani Agato!

Na początku byłam pewna, że książka będzie przedstawiona miłość kobiety i mężczyzny. Zaskoczona byłam gdy zaczęłam czytać i okazało się że zostało przedstawionych dwóch mężczyzn oraz ich miłość. Pisarka opisała szczegółowo ich  życie oraz momenty życia seksualnego. Chyba przyznam że pierwszy raz się z tym spotykam. Autorka bardzo mnie zaskoczyła. Podkreślam B-A-R-D-Z-O !!!

Autorka w odważny sposób opisuję sceny erotyczne, jednak nie to jest jest głównym tematem opowieści. Opisuję ona w dość mroczny oraz tajemniczy sposób świat w którym znalazł się główny bohater. Przedstawia ona istoty, które nie do końca są wyjaśnione dzięki czemu jeszcze bardziej potęguję to ciekawość czytelnika.

Polecam przeczytać tą książkę. Wyróżnia się ona na tle innych. Czytając mamy wrażenie iż uczestniczymy w opisanej historii. Właśnie o to chodzi przecież w książkach. Często spotykałam się także że opisane w książkach uczucia mężczyzn nie były dość szczegółowo przedsatwione. Zawsze byli ukazani jako silni przedstawicieli płci męskiej. Tym razem pisarka moim zdaniem pisarka posłużyła się odwrotnym zabiegiem. Pokazała uczucia mężczyzny w realistyczny sposób. Mężczyzna – kocha, cierpi jest szczęśliwy.

Poniżej przedstawiam wam fragment książki (fragment został udostępniony przez Wydawnictwo Initium):

 

– Lord wkrótce do nas dołączy.

Lothar powoli odkrajał kęsy, jadł niespiesznie i elegancko. Z trudem powstrzymywałem wilczy apetyt, w duchu śmiejąc się z siebie. Byłem przecież wykształconym człowiekiem, a dwa dni postu zrobiły ze mnie prostaka.

Lord Edgar Francis Huntington.

Wyobraziłem sobie starego zarozumialca, któremu wydaje się, że może dysponować ludźmi, że może ich kupować i sprzedawać jak przedmioty. Lothar stał się w moich oczach jedną z zabawek, które umilały tamtemu chwile starości, ja natomiast miałem zostać kolejną. Skąd we mnie tyle cynizmu, podejrzliwości i nieufności? Nie zastanawiałem się nad tym zbyt długo, gdyż przez cały czas myślałem głównie o nazwisku Huntington, o tym, że gdzieś już je słyszałem – nie, widziałem zapisane… Ale gdzie?

– Bardzo pan zamyślony. – Lothar uniósł do ust kolejny malutki kęs. – Chyba nie denerwuje się pan aż tak?

Milczałem. Owszem, denerwowałem się, choć nie wiedziałem dlaczego. Irracjonalny lęk przed spotkaniem z mecenasem sprawiał, że ciężkie, srebrne sztućce ślizgały się w moich spotniałych dłoniach. Kamerdyner Lothara obserwował nas z ukrycia, co raz pojawiając się jak widmo i ukradkiem dolewając wina do kieliszka gospodarza.

Rozglądałem się po jadalni, urządzonej wystawnie i dostatnio: otaczały nas meble z egzotycznego drewna, zastawa o złoconych rantach, najlepsze kryształy – dyskretne przejawy bogactwa, z którym nie chciano się afiszować. Na ścianie wisiały oleje przedstawiające ruiny i krajobrazy skąpane w świetle księżyca, każdy szczegół oddany wyraźnie jak na dagerotypie. Była w nich jakaś melancholia, która nie sprzyjała apetytowi; nie pasowały do jadalni, a jednak wyeksponowano je właśnie tutaj, jakby specjalnie miały przypominać o tym, że życie nie polega jedynie na doczesnych przyjemnościach.

– Przepiękne, prawda? – Lothar zawiesił wzrok na jednym z obrazów, powoli sącząc czerwone wino. – To prezenty od przyjaciela lorda. Przepięknie maluje, szczególnie portrety. Z pewnością będzie pan miał szansę obejrzeć je w posiadłości lorda. Jego kolekcja obejmuje szereg wizerunków protegowanych i znakomitości, które gościły w jego progach.

Były piękne i niepokojące zarazem, zdawało mi się, że emanuje z nich smutek artysty, który je namalował, jak gdyby…

– Arapaggio ucieszyłby się z pańskiego podziwu.

Zza moich pleców dobiegł cichy głos, szept niemalże, pobrzmiewający jakby ze studni. Wzdrygnąłem się i odruchowo wstałem, odsuwając krzesło z nieeleganckim zgrzytem.

Lothar również się podniósł, po czym skłonił głęboko, spuszczając wzrok.

– Lordzie Huntington, to pan Armagnac Jardineux. – Wskazał na mnie, obchodząc stół.

– Cudowne dziecko o imieniu wina… – Przybyły mężczyzna zlustrował mnie przenikliwym wzrokiem zmrużonych oczu, jasnych i błyszczących. Nawet w półmroku mogłem dostrzec ich głęboki, szmaragdowy kolor. – Trunku aromatycznego, słodkiego i uderzającego do głowy.

Nie wiedziałem, co bardziej mnie onieśmieliło – jego słowa czy zmysłowo uśmiechnięte usta, które je wypowiedziały.

Lord Edgar Francis Huntington wyglądał na najmłodszego z nas trzech. Niewysoki, smukły, odziany w czerń, o gładkiej twarzy okolonej jasnymi włosami, zdającymi się żyć własnym życiem. Poruszały się przy każdym jego niespiesznym kroku – jak włosy topielca na powierzchni wody. Uniósł do nich dłoń, okrytą białą rękawiczką, jakby nieświadomie próbował je ujarzmić, gdy lokaj odebrał od niego cylinder. Odprawił go niedbałym gestem. Twarz lorda była blada, jakby pokryta warstwą matowego pudru, co sprawiało wrażenie, że patrzy się na niego przez zaparowaną szybę. To musiał być bardzo staranny makijaż, dlaczego jednak tak młody człowiek się za nim ukrywał, nie byłem w stanie odgadnąć.

– Lothar bardzo pochlebnie wypowiada się o panu. – Lord wskazał gestem, żebyśmy usiedli, i sam zajął wolne miejsce u szczytu stołu.

Służący dyskretnie postawił przed nim talerz i napełnił kieliszek, lecz gość nie zwrócił na to uwagi. Ja też zapomniałem o jedzeniu, słuchając głosu mecenasa, w którym czaił się pomruk, jakby siedziała w nim jakaś bestia próbująca przemówić. Przeszedł mnie dreszcz – mówił do mnie chłopiec, a ja drżałem jak uczeń przed groźnym profesorem, nie, raczej jak bezbronny człowiek w obliczu drapieżnika.

– Jak zapewne pan wie, jestem mecenasem młodych artystów. Wielu muzyków zrobiło spektakularne kariery, zaczynając pod moimi skrzydłami.

Kiedy ich wspierałeś?, pomyślałem. Z kołyski?

Lord uśmiechnął się ponownie, a moje serce zmiękło, jakby tym uśmiechem rzucił na mnie urok. Patrzył mi prosto w oczy. W jego spojrzeniu była jakaś lubieżność, rozchylił nawet usta, jakby przyglądał się nagiej kochance, a ja poczułem, że pod wpływem tego wzroku rumienię się jak dziewica. Zdawał się zaglądać wprost do mojego umysłu.

– Zbyt łatwo ulega pan pozorom, panie Jardineux! – Ten głos był jak narkotyk, czułem zawroty głowy, jakbym wypił za dużo wina, a przecież ledwie dotknąłem kieliszka! – Patrzy pan na moją twarz i widzi chłopca, proszę jednak mi wierzyć, przeżyłem o wiele więcej, niż jest pan sobie w stanie wyobrazić. Spotkałem na swojej drodze wielu przyjaciół i wrogów, zjeździłem Europę i Nowy Świat, wyrabiając sobie o nim obiektywne pojęcie, które – z całym szacunkiem – panu jest obce. Moja intuicja nigdy mnie nie zawiodła. Potrafię wyczuć talent i sprawia mi niesamowitą radość patrzenie, jak się rozwija. Pan, mój drogi Armagnac – zdawało mi się, że celowo zawiesił głos, przedłużając krótkim warknięciem moje imię – jest samorodnym talentem, któremu nie pozwolę się zmarnować, który musi zostać zapamiętany na wieki, który musi trwać…

– Nie słyszał pan jeszcze, jak gram – przerwałem mu, czując, że stracę przytomność, jeśli natychmiast nie przestanie mówić.

– Proszę więc coś zagrać i udowodnić mi, że się nie pomyliłem! – Wskazał sąsiedni pokój, w którym stał fortepian.

Wspomniał, że zwiedził Nowy Świat… Kiedy? W czasie wojny nikt tam nie podróżował, a przed wojną on zapewne był jeszcze dzieckiem. Ile miał lat?

Chwiejnym krokiem dobrnąłem do instrumentu i usiadłem, unosząc pokrywę znad klawiatury. Świat wirował, a przez moją głowę przebiegały niedorzeczne podejrzenia, że być może do wina dodano narkotyku.

Zacząłem grać. Melodia była chwiejna i niepokojąca, tak jak moje myśli. Struny drgały w dysonansach, które odbijały się od sufitu i wracały do mnie, sprawiając, że grałem jeszcze dziwaczniejsze i mniej skoordynowane dźwięki, nie słysząc nawet, czy układają się w melodię. Miałem wrażenie, że palce odmawiają mi posłuszeństwa, ale jednocześnie wygrywają właśnie to, co w tamtej chwili czułem. Zamknąłem oczy i pozwoliłem się ponieść tej niepokojącej muzyce, pozwoliłem jej prowadzić moje ręce, tak jakby to ona sterowała mną, a nie odwrotnie.

Nie wiem, jak długo grałem. Bałem się otworzyć oczy, aby nie napotkać spojrzenia lorda; czułem, jak mnie obserwuje, czułem ogień w jego oczach i zimny wzrok Lothara, który stał w cieniu pod ścianą.

Gdy przestałem grać i otworzyłem oczy, unosząc głowę, obaj na mnie patrzyli. Huntington stał teraz tuż przy instrumencie.

– Instynkt nigdy mnie nie zawodzi – rzekł cicho. Pomruk bestii ledwie słyszalny zza fasady nienagannej angielszczyzny.

Mój wyczulony muzycznie słuch przez cały wieczór doszukiwał się w jego głosie nut francuskiego, włoskiego, wychwyciłem nawet archaiczną twardość łaciny, którą katowano mnie w dzieciństwie. Z pewnością władał tymi wszystkimi językami i jeszcze kilkoma innymi, których nigdy nie słyszałem. Skąd jednak przyszło mi to do głowy, dlaczego byłem o tym nagle przekonany – nie wiedziałem. Chciałem, by mówił jeszcze, by nie przestawał mówić, choć jednocześnie bałem się znów zatracić w jego głosie. Cała moja wcześniejsza niechęć zgasła, uprzedzenia zniknęły, pragnąłem tylko poddać mu się, spełniać jego wolę, sprawić, by był zadowolony ze mnie i z mojej gry. Chciałem mu służyć.

Chciałem mu służyć?!

Zerwałem się z ławki i odwróciłem wzrok od tych płonących w półmroku oczu. Przez chwilę nie pamiętałem, gdzie jestem i co się działo przez ostatnie godziny. Poczułem panikę, jakby nagle w pokoju zabrakło powietrza, jakby wypełnił go dym. Na widok przyczajonego w kącie Lothara niemal krzyknąłem.

– Muszę… muszę już iść… – wymamrotałem.

Wyszedłem pospiesznie z pokoju i dalej przez korytarz, gdzie zerwałem z wieszaka płaszcz. Gdy zbiegłem ze schodów i uderzyło mnie mroźne, zapierające dech powietrze, zdałem sobie sprawę z tego, że zapomniałem kapelusza, ale myśl o wróceniu po niego wydała mi się niedorzeczna. Wiatr szarpał moje włosy, które wymknęły się ze wstążki, gdy grałem, kosmyki smagały moją twarz. Postawiłem kołnierz i rozejrzałem się za dorożką, jednak ulica była pusta, podobnie jak moje kieszenie. I tak nie miałbym czym zapłacić za kurs, ruszyłem więc pieszo w ciemność, klnąc pod nosem, gdy w mdłym świetle gazowych latarni zatańczyły pierwsze płatki śniegu.

Zmierzałem śpiesznie w stronę domu, byle dalej od głosu Edgara Francisa Huntingtona, wprost do podłej kamienicy przy podłej uliczce, która co piątek zmieniała się w podły rynek pełen podłej jakości towarów, smrodu ryb, kóz i wrzeszczących wniebogłosy przekupek. Resztki śmieci nieuprzątniętych po targowym dniu i zwierzęce ekskrementy pokrywały się cienką warstwą śniegu.

Poczułem się tak, jakby ktoś siłą wyrwał mnie z przytulnego, pełnego dyskretnej elegancji mieszkania Lothara i cisnął wprost w ten cuchnący zaułek – a przecież sam uciekłem, sam się stamtąd wyrwałem, nie wiedząc nawet dlaczego.

Kim on był? Młodzik o płonących oczach i diabelskim głosie, który twierdził, że zwiedził świat i od lat wspierał muzyków, co było oczywistą niemożliwością. Kiedy, na miłość boską, miałby to robić? W ramionach mamki? Zza spódnicy guwernantki? Jego twarz wyglądała tak delikatnie, jakby nie zaznała jeszcze brzytwy! A jednak mu wierzyłem; miał w sobie dostojeństwo i powagę właściwe starcom, jakiś osobliwy majestat, coś, co sprawiało, że czułem się mały i niewiele znaczący, całkowicie mu podległy.

Co za bzdury!

Ze złością otworzyłem drzwi na ostatnim piętrze, ale na tyle cicho, by nie zbudzić starej ciotki, która noc myliła z dniem i wyrwana ze snu potrafiła się snuć po mieszkaniu tak długo, na ile pozwoliły jej powykręcane artretyzmem kończyny. Pokrzykiwała wówczas nieskładnie, biorąc mnie za zeszłego przed dekadami męża, a to była ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebowałem.

Ostrożnie okryłem pledem drzemiącą w fotelu przy dogasającym kominku staruszkę. W mieszkaniu było zimno i cuchnęło wilgocią, przeciągi wdzierały się przez nieszczelne okna. Wiedziałem, że w takich warunkach ciotka nie przeżyje zimy. Miała już chyba ze sto lat i trzymała się przy życiu jedynie siłą woli.

Mój mały pokoik był odrażającą, brudną norą w porównaniu z pełnymi dyskretnego uroku i wyszukanej elegancji pokojami Lothara. A przecież do niedawna sam mieszkałem wśród luksusów. Nagle wydało mi się to zupełnie nierealne, jakbym spędził w tym maleńkim pokoju ostatnie kilkanaście lat, a nie kilkanaście dni.

Zachciało mi się śmiać i płakać jednocześnie. W głowie rozkosznie pulsowało wyborne wino, a pełen żołądek sprawił, że stałem się ociężały i senny. Nie mogłem odpędzić od siebie wspomnień wieczoru, szarpały mną sprzeczne uczucia.

Kim byli ci mężczyźni? Czy nagłe perturbacje w moim życiu sprawiły, że zaczynałem tracić zmysły i kontrolę nad sobą? Jako młodzik przestałem przecież być tchórzem czy asekurantem i na niedorzecznych amerykańskich balach brylowałem, stając się duszą towarzystwa. Co się działo teraz, że traciłem głowę w obliczu dwóch kulturalnych dżentelmenów? Przecież nie byli nawet starsi ode mnie! Wiele jednak zmieniło się w ciągu ostatnich miesięcy, wszedłem w dorosłość jako bankrut i pijak, a moje wyrafinowanie przepadło wraz z majątkiem.

Nazajutrz musiałem tam wrócić po swój kapelusz. Nie było mnie stać na nowy, a za oknem na dobre rozszalała się zamieć. Nie zaznałem dotychczas takiej zimy, śnieg widziałem po raz pierwszy dopiero we Francji. Prawda, niestety, była taka, że nie było mnie stać już na nic. Nagle powróciły do mnie zapalczywe słowa Lothara o sławie, pieniądzach i… Jak on to ujął? O rządzie dusz.

Co to, do diabła, mogło znaczyć?

 

Podstawowe informacje o książce
Tytuł: Woła mnie ciemność
Tytuł oryginalny: – 
Autor: Agata Suchocka
Ilustracje: – 
ISBN: 978-83-62577-66-8
Wydawca: Initium
Rok: 2018

Tagged , , , ,